Lekka przesada

Kiedy Waldemar Grzelak zwrócił sie do mnie z prośbą o napisanie tekstu do katalogu jego wystawy w jeleniogórskim BWA (marzec 2015 r.), przyjąłem ją z przekonaniem, że oto będę miał okazję wypowiedzieć się o pięknie w fotograficznym obrazowaniu - bo jego znane mi prace, nie rezygnowały z ekspozycji walorów estetycznych fotografowanej rzeczywistości, a wręcz je podkreślały. To postawa godna zauważenia, bowiem praktyka współczesnej fotografii (szczególnie w młodych środowiskach) jest diametralnie inna. A także - odnosząc tę uwagę do aktualnej krytyki fotografii - kto dzisiaj pisze o pięknie w fotografii?
Zwykle bowiem podkreśla się w niej wartości dokumentalne, treści neokonceptualne, inscenizacyjne, interwancje prospołeczne fotografii, itd. Ale czy mówi się o jej pięknie, o jej walorach czysto estetycznych ? Te ostatnie bywają wszak zauważane tylko w odniesieniu do fotografii zaliczanej do tak zwanej twórczości fotograficznej, której przykładów - niestety w coraz skromniejszym wymiarze - dostarczało właśnie środowisko głównie jeleniogórskich twórców, preferujących fotografię czystą, wcześniej zwaną elementarną. Upominając się bowiem o piękno w fotografii mam na uwadze jej źródłowe rozumienie, które pojawiło się już u podstaw wynalazku kalotypii, metody wywoływania utajonego obrazu ogłoszonej przez W.H.Foxa Talbota w 1841 r. i umożliwiającej pozyskiwanie tzw. "photogenie drawing" (jak w cyklu zdjęć W.H Foxa Talbota w jego albumie: "The Pencil of Nature"). Kalotypia (od calos-greckie: piękny) odnosząc się do estetyki malarstwa zapoczątkowała bogate dzieje tzw. obrazowania piktorialnego. Czy zatem jeszcze dzisiaj nawiązania do estetyki piktorializmu mogą być owocne, twórcze? Niewątpliwie należy dostrzegać autorów, którzy się tej tradycyjnej estetyce poświęcają, a obecność fotografii neopiktorialnej w dzisiejszej postmodernistycznej twórczości jest zupełnie usprawiedliwiona, czemu zresztą sprzyjają aktualne cyfrowe techniki rejestracji i obróbki zdjęć. Można wiec przyjąć, że piktorializm - jak mówi A. Sobota (porównaj jego "Szlachetność techniki" - Warszawa 2001) - jest od początku istnienia fotografii stałą strategią budowy fotograficznego obrazu, zaś dzisiaj kontynuacją: "...rozważań nad zasadnością funkcjonowania fotografii jako obrazu". Jeśli artyści zwykle (a jest to ciągle aktualne) odnosili swoją twórczość do wzorca natury, to czynili to z przekonaniem o głębokim związku natury i piękna - co podkreśla Sobota - i co okazało się być podstawą piktorialnego ideału w nowej metodzie obrazowania, jaką niegdyś umożliwiła technika fotograficzna. A więc piktorializm fotograficzny - dodaje krytyk - oparł się na "...teorii emocjonalnego przeżycia natury przez jednostkę, która wyposażona jest w rejestrującą aparaturę i świadomość kulturowych wzorów obrazowania". Autor "Szlachetności techniki" na licznych przykładach potwierdzających przenikanie się tradycji piktorialnej z awangardową dowodzi, że w istocie szukali oni kompromisu między tradycją a nowoczesnością obrazowania i - dodajmy - tę zasadę można odnieść również do współczesnej twórczości.

 

W każdym bądź razie fotografia piktorialna (i neopiktorialna) w doświadczaniu piękna natury stawia na intensywność odczuć, a czyni to z pewnym nadmiarem. Fotografia - by użyć określenia J.Szurkowskiego - ze swej natury pielęgnuje "rozpustną formę widzenia", właśnie widzenia - jak to nazwałem, powołując się na A.Zagajewskiego - z "lekką przesadą". Co właściwie można odnieść do wszelkiej fotografii, nie tylko tej poddanej piktorialnej presji. No bo dlaczego np. zdjęcia Anselma Adamsa chwytają i oddają sens natury wyraźniej i celniej, niż gdybyśmy odbierali ją wprost - patrząc bez aparatu. Bo ona (fotografia) zapośrednicza nasze patrzenie o tę właściwość, którą umożliwia, właśnie o tę "lekką przesadę"
w widzeniu. Ta "przesada" wobec realności to coś, co wyraża poezja; a w fotografii - fotogenia; owa epifania piękna, promieniującego z obrazu: tego światła tam, 
w niej uchwyconego i "zamrożonego" w obrazie na zawsze.
Pojęcie "lekkiej przesady" wprowadził w interpretacji poezji (jeśli w ogóle jest możliwa taka interpretacja?) Adam Zagajewski w swojej książce "Lekka przesada" (wyd. a5, Kraków 2011). Posłużył się tu odczytaniem jego poezji przez ojca inżyniera, który spytany o jej odbiór określił ją w kontekście racjonalnej wymowy jako "lekką przesadę".

Czyż taką przesadą, owym nadmiarem w odbiorze realności świata nie posługuje się fotografia, a w tym - piktorialna? Fotografie W.Grzelaka prezentują właśnie tę "lekką przesadę" w chwytaniu i rejestracji przejawów natury; odwołuje się on bezpośrednio do percepcji odbiorcy, zwracając uwagę na to, co może ją uwrażliwić, co może zintensyfikować odczytanie treści. Grzelak swymi obrazami buduje specyficzny nastrój; rejestruje aurę i piękno form naturalnych, pokazuje ich estetyczną wartość w sztafażu rzeczywistości. Odbiór tych prac musi być zgodny z intencją autora eksponującego przede wszystkim piękno obrazowania, co zawsze było troską fotografów piktoralistów.

Cykl prac "morskich" (Opowieść w skali minor), prezentowanych na jeleniogórskiej wystawie odsyła wprawdzie do nastroju przygnębienia, skończoności, czy pewnej bezradności człowieka wobec żywiołu natury, to jednak w ich zestawieniu, totalności ujęcia tematu, zderzającego w "treści" to, co płynne, nieuchronne z tym, co trwałe, skończone... udaje się odczytać nowe znaczenia. Są to treści nadbudowane nad konkretem ujęcia; w tym sens tej fotografii - odsyłającej do źródeł fotogenii, zaś w wymowie - do języka poezji.                                                                    Sens wyrażony z "lekką przesadą".
                                                                                                            Andrzej Saj